poniedziałek, 2 lipca 2012

Rozdział XXIII.


-Dzień dobry, pani Tomlinson-usłyszałam tuż nad uchem.
-Nie śniło mi się to? – wychrypiałam, wciąż pół-śpiąc.
-To, że zostałaś moją żoną? Nie- Louis roześmiał się cicho.
-Serio?- otworzyłam oczy i spojrzałam się na swojego męża. Mąż, wow, to brzmi tak… poważnie.
-Serio. Dobra kotku, wstawaj, za 2 godziny mamy być z powrotem na sali.
-Poprawiny to najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek wymyślono-mruknęłam.
-Zgadzam się, chętnie bym spędził z tobą ten dzień w łóżku-pocałował mnie w szyję, a ja odchyliłam głowę, dając mu do niej lepszy dostęp. –Nie ma tak dobrze, wstawaj haha. Leć do łazienki, a ja zrobię śniadanie- cmoknął mnie szybko w usta i wstał z łóżka, po drodze wciągając bokserki, leżące przy łóżku.
-Wstałabym, serio, tylko najpierw powiedz mi, gdzie są moje jakiekolwiek ubrania?- spytałam, wiedząc, że i tak mi nie odpowie. –Boże, jaki syf jest w tym pokoju!- wykrzyknęłam, kiedy zobaczyłam bałagan, panujący w naszej sypialni. Nasza noc poślubna była w 100% udana.  
-Możesz zacząć szukać swoich ubrań przy wejściu – stwierdził ze śmiechem, za co wyrwał poduszką i uciekł z pokoju. Zakręciłam się w kołdrę i zamknęłam w łazience. Tam przeżyłam szok. Moje włosy wyglądały gorzej niż stóg siana, makijaż w niczym nie przypominał mojego makijażu ślubnego, a pod oczami miałam ogromne wory. Jęknęłam głośno i zaczęłam od zmycia makijażu i wyjęcia wszystkich wsuwek, szpilek i różnych ozdób z włosów. Orzeźwiający prysznic zdecydowanie mnie rozbudził i gdy już byłam wysuszona i w miarę ogarnięta wyglądałam dużo lepiej. Opuściłam łazienkę i w szlafroku powędrowałam do kuchni. Tam czekało na mnie pyszne śniadanie, przygotowane przez „mistrza” kuchni. Jedząc, uświadomiłam sobie, że mam problem.
-Lou, jak się ubieramy?- spytałam.
-Ymm, no chyba tak wyjściowo, ta? Tak mi się wydaję- odpowiedział.
-Czyli, że sukienka i garnitur? – sprecyzowałam, a on tylko kiwnął głową.- Za ile wyjeżdżamy?
-Za 40 minut. Idę teraz ja się ogarnę- wstał od stołu i wyszedł, a ja dokończyłam śniadanie i ruszyłam do garderoby. Stałam dobre 10 minut, nie wiedząc co na siebie założyć. W ostateczności postawiłam na prostą, kremową sukienkę na ramiączka i ton ciemniejsze szpilki. Zamknęłam się w drugiej łazience i zaczęłam robić makijaż. W przeciwieństwie do poprzedniego dnia, zrobiłam mocniejszy makijaż, a włosy pokręciłam w delikatne fale. Gdy byłam już gotowa, poszłam zobaczyć, jak idzie Lou.
-Haha, widzę że jestem szybsza- zauważyłam, opierając się o drzwi zaparowanej łazienki.
-Nie wkurzaj mnie, zawiążesz? – odkręcił się do mnie i wskazał na krawat. Roześmiałam się i szybko mu go zawiązałam. – Dobra, jestem gotowy. Wychodzimy?
-Yhm, moment, tylko wezmę torebkę i marynarkę- znalazłam pośród tysiąca porozwalanych rzeczy te potrzebne i opuściliśmy mieszkanie.
-Hazza i Gabi będą już na sali?- upewniłam się w windzie.
-Tak, reszta chłopaków też- w recepcji apartamentowca przywitaliśmy się z portierem, który nam pogratulował i życzył udanego dnia. Na zewnątrz budynku czekał na nas szok. Mnóstwo fanek i paparazzi, oślepiające flesze i piski. Louie mocniej ścisnął moją rękę i przyspieszył kroku, żeby jak najszybciej znaleźć się w samochodzie. Odruchowo schyliłam głowę i zakryłam się kopertówką. Gdy znaleźliśmy się w samochodzie, szybko odjechaliśmy w kierunku sali.
-Nie spodziewałem się… Prosiłem ich, żeby nie przychodzili wczoraj i dzisiaj, na marne, jak widać- powiedział zirytowany. Kochał swoich fanów, ale wiedziałam jak liczył na to, że chociaż te dwa dni uszanują naszą prywatność.
Kiedy dojechaliśmy już do sali w środku byli praktycznie wszyscy zaproszeni na poprawiny. Różnica liczby gości pomiędzy weselem, a poprawinami była ogromna- dziś obecnych było 80 najbliższych osób. Przywitaliśmy się ze wszystkimi i zaczęliśmy rozmowę w mniejszych grupkach. Część gości tańczyła, część piła, część jadła, a część rozmawiała. Każdy robił to, na co miał ochotę i wydawało mi się, że tak jest najlepiej. Krążyłam pomiędzy gośćmi, starając się każdemu poświęcić chociaż chwilę, gdy nareszcie odnalazłam wzrokiem Gabi. Szybko poszłam w jej kierunku, jako że nie widziałam jej od początku poprawin.
-Gabi!- krzyknęłam za nią, kiedy opuszczała salę.
-Hm?-  odwróciła się do mnie i uśmiechnęła. Mimo to widziałam, że coś ją męczy.
-Hej, gdzie się ukrywałaś? Co jest?-  spytałam, widząc, że uśmiech zniknął z jej twarzy.
-Głowa mnie boli, kac męczy- odpowiedziała ze sztuczną radością, a jej wzrok powędrował w stronę parkietu. Spojrzałam tam i zrozumiałam.
-To jego dziewczyna?
-Nie wiem, nie obchodzi mnie to.
-Jasneee. I tak po prostu jesteś smutna, bo twój ex obmacuje się z jakąś laską.
-Nie jest mi smutno! – widziałam, że ją wkurzyłam.
-Jak ma na imię? – spytałam podchwytliwie, a ona od razu odpowiedziała:
-Annie.
-No i wszystko jasne. Idź, zatańcz z nim, widzę, że chcesz.
-Nie chcę, muszę się przewietrzyć. Idź się baw, to twój dzień- powiedziała i wyszła z Sali. Westchnęłam tylko i zaczęłam szukać swojego męża, który od razu po wejściu mi zniknął. Gdy nareszcie go znalazłam, siedział ze swoimi siostrami. Podeszłam do nich i stanęłam za nim, obejmując go za szyję.
-Zatańczysz? -mruknęłam mu do ucha i zaśmiałam się, czując jak zadrżał.
-Boże Mila! Nie strasz bezbronnego człowieka haha. Wybaczcie, żona wzywa- uśmiechnął się do dziewczynek i ruszyliśmy na parkiet. W trakcie wolniejszej piosenki znowu mój wzrok skierował się na Harrego.
-Oni są razem?- spytałam, wiedząc, że Louis będzie wiedział, co się dzieje w życiu uczuciowym przyjaciela.
-Co ty!- zaprzeczył. –Nadal mu nie przeszło po Gabi.
-To czemu się tak macają? – zapytałam bez owijania w bawełnę. Chłopak zaśmiał się cicho.
-Żeby wywołać zazdrość, głuptasie.
-Pamiętaj, że mówisz do swojej żony- przypomniałam mu.
-Już żałuję- jęknął z rozpaczą.
-NO DZIĘKI, NAPRAWDĘ! – wyrwałam się z jego uścisku i odeszłam kawałek, kiedy poczułam, że lecę.
-Nie uciekaj, kotku- nadal trzymając mnie na rękach, zakręcił się dookoła siebie.
-POSTAW MNIE NA ZIEMIĘ, IDIOTO!- zapiszczałam, a on ze śmiechem mnie opuścił. – I tak cię nienawidzę- dodałam. Po chwili czułam już jego wargi na swoich i poddałam się temu pocałunkowi.
-Jaaaaaaaaaaaaasne- pokiwał kpiąco głową, kiedy się ode mnie oderwał. 
Czas leciał i gdy koło 20 poprawiny się zakończyły, padałam z nóg. Skierowaliśmy się prosto do naszego mieszkania, gdzie mieliśmy rozpakować prezenty ślubne. Zajęło nam to masę czasu. Dostaliśmy przeróżne rzeczy- od bardzo dobrych alkoholi zaczynając, przez pieniądze, kończąc na rzeczach do mieszkania.  Skończyliśmy przed północą, a że jeszcze nie odespaliśmy poprzedniej nocy, to postanowiliśmy od razu iść spać. Wieczorna toaleta i sruu do łóżka.
Następnego dnia obudziłam się przed Louisem. Poleżałam jeszcze trochę w łóżku i patrzyłam, jak słodko wygląda gdy śpi, potem ruszyłam do kuchni. Zrobiłam sobie kawę, rozsiadłam się na kanapie i włączyłam laptopa. Od razu weszłam na Twittera, na którym nie byłam przez dłuuuugi czas. Moje mentionsy były zapchane przez różnego rodzaju wiadomości. Odpisałam i follownęłam kilka osób, gdy zobaczyłam jeden z postów, zreetweetowany kilkaset razy. „Dzień po ślubie, a już zachowuje się jak wielka gwiazda. Mieliśmy rację, Lou będzie żałował ślubu z nią ;x”, a pod spodem było zdjęcie z wczoraj, kiedy wychodziliśmy z mieszkania i zakryłam się torebką. Wiele razy leciały na mnie hejty w Internecie, więc postanowiłam się tym nie przejmować, ale kilka tweetów dalej znowu zauważyłam podobne oskarżenie. „Po co on się z nią żenił? Zniszczy mu karierę! Zresztą… jest brzydka i głupia, ciekawe czemu na nią poleciał”. Czytałam te i wiele innych tweetów tak długo, że nie zorientowałam się, kiedy wstał Louis i usiadł obok mnie. Załapałam dopiero wtedy, kiedy objął mnie mocno i oderwał mój wzrok od ekranu laptopa.
-Nie warto, naprawdę-powiedział, trzymając moją twarz w dłoniach i wycierając spływające łzy. Nie wiedziałam nawet, że płaczę.
-Czemu? Co ja im zrobiłam?
-Jesteś szczęśliwa. I powodujesz, że ja jestem szczęśliwy. Ci ludzie nie są naszymi fanami, to po prostu idioci. Nie płacz już, to nie ma sensu, dajesz im satysfakcję. Robią to właśnie po to, żebyś płakała.
-Masz rację, będę twarda. Idę doprowadzić się do porządku-powiedziałam i wyszłam do łazienki. Już ogarnięta wróciłam do salonu, gdzie Louis zawzięcie stukał w klawiaturę i kiedy weszłam, nacisnął ENTER. Coś wysyłał, ale co?
-Co zrobiłeś? – usiadłam obok niego.
-Napisałem co o tym myślę- odpowiedział i wyszedł do kuchni. Skubany wylogował się ze swojego profilu. Trudno, zalogowałam się na swój i wooooow… Czekał na mnie referat napisany w Twitlongerze przez mojego męża. Zaczęłam czytać i zdębiałam. „Hej! Miło mi, że cieszycie się z mojego szczęścia i że zaakceptowaliście moją żonę. Tak, jestem cholernie szczęśliwy, a mam jeszcze lepszy humor, kiedy widzę jak nas wspieracie. Naprawdę, nie trzeba! Bez waszych obrażających komentarzy też byśmy przeżyli. Wiem, że wiele z was wspiera nas naprawdę i nie mówię tego z ironią. Niestety, duuuuuuużo osób hejtuje osobę, którą kocham. Przypominam tylko, że obrażając ją, obrażacie też mnie. To ona jest dla mnie najważniejsza i nie pozwolę, żeby ktokolwiek na nią najeżdżał. Tacy z was fani? Będąc prawdziwymi Directioners zaakceptowalibyście mój wybór. Tak wiem, jestem młody, mam 20 lat blablabla. Ale jestem też gotowy na małżeństwo i właśnie z Milą postanowiłem być do końca mojego życia. Wy-Directioners- powinniście się cieszyć z tego, że Mila się zgodziła i została moją żoną, a nie ją obrażać. A, tak na koniec- dalej, śmiało „TRUE DIRECTIONERS”- piszcie do mnie, jak to mnie kochacie, proście o follow back. Wy też możecie na mnie liczyć, tak jak ja na was. To tyle, żegnam na czas nieokreślony.”
-Louis zwariowałeś?! Wiesz ilu fanów stracisz?!- wydarłam się na niego, kiedy w tempie ekspresowym znalazłam się w kuchni, gdzie spokojnie jadł śniadanie.
-Nie zwariowałem, zrobiłem to, co powinienem był zrobić. Prawdziwych fanów nie stracę, stracę tych, którzy na ciebie najeżdżali i tylko udawali Directioners, a na tych mi nie zależy. Tak poza tym- nie krzycz, proszę- uśmiechnął się prosząco.
-Przepraszam, po prostu martwię się. Adam cię zabije.
-Adam jest naszym managerem, a nie Bogiem, zabić mnie nie może. Pokrzyczy trochę i tyle.
-Ale…- zaczęłam, ale przerwał mi dźwięk dzwoniącego telefonu Louisa. Spojrzałam na niego wzrokiem „a nie mówiłam?”, a on roześmiał się i odebrał telefon. Z wypowiadanych przez niego słów wywnioskowałam, że dzwoni właśnie Adam, który nieźle się na niego wydziera. Kiedy skończył rozmawiać był zarazem rozbawiony i wkurzony.
-Nie komentuj-powiedział, gdy tylko otworzyłam buzię, żeby coś powiedzieć.
-Okeeeeej. Co robimy dzisiaj?
-W zasadzie to mam plany do piątku…
-Hm? – próbowałam ukryć żal, że znowu praca jest ważniejsza ode mnie.
-Pakuj się, bo za 4 godziny mamy samolot-uśmiechnął się.
-Co?
-Lecimy do Polski razem z twoimi rodzicami haha. W końcu muszę odwiedzić kraj swojej żony,  nie?
-ŻARTUJESZ!?
-Nie, jestem całkowicie poważny. Serio kotku, pakuj się bo nie ma czasu! –roześmiał się, a ja jak jakaś powalona zaczęłam skakać z radości po kuchni.
-Myślałam, że jesteś zajęty zespołem- powiedziałam, kiedy się trochę uspokoiłam.
-Zespołem będę zajęty jak wrócimy w piątek, teraz jestem do twojej dyspozycji. Na podróż poślubną jedziemy dopiero w wakacje, to teraz polecimy do Polski. No, zbieraj się!- uciął rozmowę.
Czas do odlotu minął superszybko. Spakowanie, pożegnanie się z chłopakami i Gabi, wyjazd na lotnisko, odprawa itp. itd. zajęło dużo czasu. Kiedy w końcu siedzieliśmy razem z moimi rodzicami i Em w samolocie nie mogłam się doczekać spędzenia tych kilku dni w Polsce. Po wylądowaniu od razu pojechaliśmy do domu, w którym się wychowałam. Znajdował się on kilkanaście kilometrów pod Warszawą, więc droga z lotniska minęła szybko. Bawił mnie Louis, który próbował przeczytać napisy na billboardach i patrzył na wszystko z takim dziecięcym zainteresowaniem. Mój dom nadal wyglądał tak, jak 3 miesiące wcześniej. Jako, że było już późno to tylko pokazałam Lou dom i wszyscy poszliśmy spać. Następny dzień spędziliśmy dużo bardziej aktywnie. Pojechaliśmy do Warszawy, gdzie pokazywałam Lou Starówkę i inne znane miejsca. Oczywiście, nie obyło się bez szału zakupów w Arkadii. Tam okazało się, że Directionerki już wiedzą o pobycie Louisa w Polsce, bo oblężyły go i przez kilkanaście minut rozdawał im autografy i robił zdjęcia. Mimo wszystko, dzień był bardzo udany. Kolejne dni mijały tak samo- zwiedzanie, spotkania ze znajomymi i przede wszystkim odpoczynek. Czwartkowe popołudnie nadeszło zbyt szybko. Dopiero co przyjechaliśmy, a już żegnaliśmy się z rodzicami, znajomymi i Polską. Mimo wszystko, teraz to Londyn uważałam za swoje miasto i nie mogłam się doczekać, kiedy już wylądujemy i znowu będziemy w naszym apartamencie. Wiedzieliśmy, że na lotnisku będzie na nas czekać „komitet powitalny”, czyli chłopaki, Gabi i fanki, ale to co zobaczyliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Fanki fankami, było ich sporo, nie to zwróciło naszą uwagę. Na lotnisku oprócz zespołu i Gab była również Annie, która przynajmniej według mnie zbyt natarczywie przytulała się do Harrego. Przywitaliśmy się ze wszystkimi i widziałam, jak Lou niemo pyta Harrego, o co w tym wszystkim chodzi. Chłopak tylko złapał rudowłosą Annie za rękę i uśmiechnął się sztucznie. Spojrzałam zaniepokojona na Gabi, ale ona była pochłonięta rozmową z Niallem i nie zwracała uwagi na nic innego. Wszyscy pojechaliśmy do naszego mieszkania, gdzie mieliśmy spędzić razem wieczór. Gabi poprzedniego dnia odebrała zdjęcia i płytę ze ślubu, więc oglądaliśmy je, pokładając się ze śmiechu. Było jedno „ale” i miało na imię Annie. Ta dziewczyna do tego stopnia działała mi na nerwy, że kilka razy byłam gotowa wyprosić ją z mieszkania, ale zawsze w ostatniej chwili powstrzymywał mnie mocniejszy uścisk Lou, który cały czas mnie obejmował.  Przytulanie, słodkie spojrzenia, buziaczki-sraczki- Boże, co to miało być?! Jeszcze niedawno Harry tak bardzo kochał Gabi, a teraz na jej oczach obmacuje się z tą laską. Jeszcze bardziej dziwiło mnie zachowanie Gabi. Nie zwracała najmniejszej uwagi na miziającą się parę i była tak zadowolona, że podejrzewałam ją o branie czegoś. Nareszcie nie wytrzymałam i odezwałam się:
-Chcecie coś do picia? Kawę, herbatę, sok, coś mocniejszego? –spytałam ogółu.
-Pytasz jeszcze? Oczywiście, że coś mocniejszego haha- zaśmiał się Zayn.
-Okej, okej, nie było pytania. Annie, a ty co chcesz? Kawa, herbata czy sok?
-Ymm, ja też proszę coś mocniejszego- powiedziała zdziwiona.
-A masz już 18 lat skończone?- uśmiechnęłam się do niej słodziutko.
-No nie…
-Nie ma 18 lat, nie ma alkoholu. To jak, soczek? – spytałam nadal przesadzonym, słodkim tonem i usłyszałam jak Louis parska śmiechem.
-Tak, poproszę-odpowiedziała zarumieniona.
-Świetnie!- z sztuczną radością poderwałam się z kanapy i dodałam-Gabi, pomożesz mi?
-Jasne- dziewczyna była czerwona z powstrzymywanego śmiechu.  Kiedy weszłyśmy do kuchni, odezwała się do mnie- Czemu tak po niej jeździsz?
-Nie wiem o czym mówisz- odpowiedziałam, sięgając po kieliszki.
-Ta przesadna troska o jej trzeźwość?
-Jest niepełnoletnia, nie powinna pic alkoholu.
-I nie ma to nic wspólnego z tym, że jest tutaj z Harrym?
-Gabi, to ja powinnam ci zadać takie pytanie, bo zabrzmiało ono tak, jakbym była o Hazzę zazdrosna. Jest za młoda na alkohol, więc jej go nie dam i tyle. A co ty taka radosna jesteś? Śmiejesz się do telefonu od kiedy przylecieliśmy, o co chodzi?
-Piszę z Nathanem haha.
-Z Nathanem! Oh, a jak tam sprawy z nim?
-Ym… można powiedzieć, że jesteśmy w czymś w rodzaju związku na próbę- zarumieniła się.
-„Związek na próbę” ? Co to takiego?
-No bo nie wiemy czy nam się uda, ale chcemy spróbować, ale jakby się nie udało to nadal jesteśmy przyjaciółmi, no wiesz o co biega- zakręciła się.
-Ahh, czyli coś w stylu „jesteśmy przyjaciółmi ale mnie podniecasz, to pójdziemy do łóżka i przekonamy się czy możemy być kimś więcej” ?
-MILA! Nie spałam z nim!- zaczerwieniła się jeszcze bardziej.
-Całowaliście się?- w odpowiedzi dostałam tylko jeszcze bardziej czerwone policzki dziewczyny.-Czyli tak. Że tak powiem, macaliście się?
-Nienawidzę cię za te pytania! Całowaliśmy się i przytulaliśmy, ale nic więcej między nami nie było. Zadowolona?
-Tak. Lubisz go?
-Tak.
-Bardzo go lubisz?
-Tak.
-Bardzo bardzo go lubisz?
-Tak. 
-Kochasz Harrego?
-Tak.
-Świetnie.
-NIE! Boże, nie!- załapała, co powiedziała i próbowała się wyprzeć.
-Yhm, jasne. Dobra, ja to wiem i ty to wiesz, chcesz być z Nathem to bądź, ale i tak nie przestaniesz kochać Harrego. Taka prawda, babe. Nie ważne, co będziesz mówiła innym, ja znam prawdę i ty też ją znasz. Nigdy nie przestaniesz go kochać.
-Nic do niego nie czuję. Jestem z Nathanem i jestem szczęśliwa. On jest z Annie i też jest szczęśliwy, a nasz związek to przeszłość. Rozumiesz?
-Taaa -uśmiechnęłam się ironicznie i podałam jej kilka piw.-Masz i wracajmy już.
Resztę wieczoru spędziliśmy śmiejąc się, żartując i po prostu świetnie się bawiąc. Miałam dziką satysfakcję, kiedy rozmawialiśmy o tematach, o których Annie nie miała zielonego pojęcia, za to Harry i Gabi idealnie się w nich odnajdywali i ze sobą rozmawiali. Kiedy wszyscy rozeszli się po swoich domach i zostaliśmy sami z tryumfem walnęłam się na łóżko, a po chwili dołączył do mnie Lou.
-Nie wiedziałem, że jesteś aż tak złośliwa!- roześmiał się.
-Nie wiem o czym mówisz haha.
-Biedna Annie o mało się kilka razy nie popłakała-zauważył.
-Ojoj, biedna Annie. Idź ją pociesz, bo Hazza pewnie tego nie zrobi, przecież tylko udaje przed Gabi-powiedziałam z ironią.
-Mila, nie wtrącaj się. To ich sprawa jak się zachowują i nam nic do tego. Jasne?
-Ciemne. No jasne, jasne. Idę spać, cześć- odkręciłam się do niego bokiem i zamknęłam oczy.
-A krasnoludki cię umyją i przebiorą- mruknął.
-A żebyś wiedział. Wale to, rano- odpowiedziałam tylko cicho i słysząc śmiech Lou, zasnęłam.
Nadeszła sobota-dzień, kiedy mijał dokładnie rok od naszego pierwszego spotkania. Postanowiliśmy zrobić imprezę z tej okazji, a jej gospodarzem miał być Zayn. Punktualnie o 19 wszyscy zebraliśmy się u niego w mieszkaniu i jak jacyś idioci otworzyliśmy szampana, pijąc za naszą przyjaźń. Oprócz zespołu, mnie i Gabi, była oczywiście nieodłączna zabaweczka Stylesa, Nathan, Danielle i Perrie- oficjalnie już dziewczyna Zayna. Malik, jak to Malik, imprezy robi zajebiste. Tym razem też tak było-alkohol, jedzenie, muzyka- wszystko na najwyższym poziomie. Tańczyliśmy, piliśmy, jedliśmy i znowu tańczyliśmy... Po kolejnym energicznym tańcu z mężem usiadłam na kanapie i patrzyłam na bawiącą się bandę. Swój wzrok przenosiłam głównie z Nathana i Gabi na Harrego i Annie.
-Szybciej uwierzyłabym w wielką miłość Gabi do Nathana, niż Harrego do Annie. Co nie zmienia faktu, że nie wierze ani jednym, ani drugim-zwróciłam się do Louisa, siedzącego obok mnie z piwem w ręku.
-A ta ciągle o tym samym. Daj im święty spokój, co tak się tym przejmujesz?
-Masz rację, ich błędy… - mruknęłam i oparłam głowę o jego ramię.
-Zresztą, Gabi chyba chce pójść trochę dalej, bo na wiele Sykesowi pozwala-powiedział po jakimś czasie, a ja automatycznie zwróciłam na nich uwagę. Faktycznie, nieźle dawali, obmacując się na całego.
-Jej życie…
-Koniec myślenia o nich, wracamy na parkiet-wziął mnie za rękę i poszliśmy tańczyć. Impreza trwała, naprawdę świetnie się bawiłam. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy i po 3 zaczęliśmy się zbierać. Nigdzie nie było Gabi, więc się trochę zaniepokoiłam.
-Pójdę jej poszukać, pewnie się upiła i padła-zaczęłam od dołu, jednak nigdzie jej nie było. Kiedy weszłam na górę, minęłam się z Harrym.
-Co jest?- spytał, widząc moje zdenerwowanie.
-Szukam Gabi, widziałeś ją gdzieś?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie, gdy usłyszałam krzyk Gabi. Biegiem rzuciłam się do sypialni Zayna, skąd dochodził. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam dziewczynę odpychającą Nathana, który natrętnie próbował pozbyć się jej bluzki. Nim się zorientowałam, chłopak leżał na podłodze, okładany pięściami Harrego.
-Harry nie! Przestań! HARRY! – krzyczałam na Hazzę, dopadając do dziewczyny i mocno ją przytulając. Już po chwili w sypialni była reszta chłopaków. Louis z Zaynem próbowali odciągnąć Harrego od Nathana, którego twarz była czerwona od krwi.
-ZABIJE GNOJA! PUŚCICIE MNIE! ZABIJE GO!- wyrywał się im, gdy wyciągali go siłą z pokoju. Do mnie i Gabi podszedł Niall i przytulił dziewczynę.
-Weź ją stąd, a ja zobaczę co z nim-przekazałam ją mu i gdy opuścili pokój, podeszłam do Nathana. Chłopak oczywiście był zalany w cztery dupy i trzymał się za nos.
-Pokaż-odciągnęłam jego rękę i dotknęłam nosa. –Nie jest złamany, tylko zbity. Danielle, przynieś jakąś apteczkę i lód, co? –poprosiłam dziewczynę, która była razem ze mną i chłopakiem w pokoju. –Liam, masz, zamocz te chusteczki i przynieś- dałam mu paczkę chusteczek. Przez tą chwilę czułam się jak lekarz, którym nigdy nie chciałam być. Pomijając niepijącego Liama, byłam najtrzeźwiejsza z całego towarzystwa, bo wypiłam tylko kilka piw i nic więcej, w przeciwieństwie do reszty, więc dowodziłam akcją pod tytułem „ratujemy nos niedoszłego gwałciciela”. Pomimo tego, że mógł zrobić krzywdę Gabi wiedziałam, że tego nie chciał. Był pijany i nie panował nad sobą, stąd takie zachowanie. Kiedy już ogarnęłam jego twarz poprosiłam Liama, żeby zawiózł go do domu, a sama zeszłam na dół do salonu, gdzie siedziała zapłakana Gabi z Niallem.
-Jestem głupia… mogłam go nie prowokować… to przeze mnie… on nie zrobiłby mi niczego złego…- chlipała, mocząc moją bluzkę.
-Uspokój się,  musisz się przespać, to wszystko będzie wyglądało lepiej. Niall, zaopiekuj się nią- zwróciłam się do chłopaka, który kiwnął tylko głową.
-Wezmę ją do siebie do mieszkania, prześpi się tam.
-Dziękuję- uśmiechnęłam się do niego i poszłam szukać Hazzy, Louisa i Zayna. Tych znalazłam na balkonie, gdzie wydzierali się na lokatego.
-Zgłupiałeś?! Mogłeś mu zrobić krzywdę! – naskoczył na niego Louis, prawdopodobnie po raz kolejny w ciągu ostatnich minut.
-NO I DOBRZE! NALEŻY MU SIĘ!
-Nie należy! Nic jej nie zrobił! – krzyczeli na siebie tak głośno, że chyba słyszało ich całe osiedle.
-Czemu to zrobiłeś?- spytał znacznie spokojniej Zayn.
-Zgadnij?! Bo może próbował zgwałcić dziewczynę, którą kocham, chociaż sam siebie usilnie próbuję przekonać, że tak nie jest?!- wydarł się i wtedy weszłam na balkon.


Tak jak obiecałyśmy, jest wcześniej. Prawdopodobnie teraz rozdziały będą pojawiały się raz w tygodniu, jeżeli wszystko dobrze pójdzie. 
+blog Mili z nowym rozdziałem czeka na wasze odwiedziny: http://sickonelife.blogspot.com/

Muszę coś napisać, po prostu muszę. Pisze to Mila, która prawdopodobnie przestanie być po tym lubiana, jeżeli w ogóle jest, ale kit. Najprościej mówiąc, chodzi mi o komentowanie. Kiedyś już o tym pisałyśmy i pod każdym rozdziałem prosimy was o komentarze, ale jak widać wy to olewacie. Nie mówię teraz o wszystkich, nie. Bo z całego serca dziękujemy tym 20 kilku osobom, które zawsze komentują. Boli to, że przy 300 wejściach dziennie i 65 obserwatorach jest tak mało komentarzy. Dla was skomentowanie to minuta dłużej na tym blogu, a dla nas coś w rodzaju zapłaty za pracę. Rozdział się sam nie napisze. Masę czasu poświęcamy na wymyślenie, co i jak napisać, żeby wam się spodobało. Wolny czas spędzamy przed komputerem siedząc i pisząc na tego bloga, chociaż mogłybyśmy wyjść na dwór, spotkać się z przyjaciółmi i skorzystać z naprawdę zajebistej pogody. Ale nie, siedzimy i piszemy, DLA WAS. Szkoda, że tego większość tego nie docenia. Blog skończy się razem z wakacjami i jest to pewne. Nie chcemy wiele, liczymy tylko na komentarz.
Teraz możecie zrobić co chcecie. Możecie skomentować, hejtować mnie, wyjść bez niczego i więcej nie wrócić, lub tak jak większość z was robi wyjść i wrócić wtedy, kiedy pojawi się reklama na One Direction Polska. Żyjemy w wolnym kraju, macie wolną wolę i róbcie co chcecie. 
Na koniec chciałabym jeszcze podziękować tym osobom, które przeczytały to do końca. Dziękuję.


edit: Mila jest zajebista i założyła ask.fm. Soooo pytajcie: http://ask.fm/lovboobear

foreveryoung.